Nirrecba's Blog

niecodzienna codzienność w kilku słowach…

pierwszy ptak wrócił z ciepłych krajów… Luty 23, 2012

powrócił, wydawać by się mogło że do tego samego punktu z którego odleciał przed PaniąZimą ale nic bardziej mylnego. Powrócił do swojego punktu widokowego ale widoki ma nowe a punkt zrobił się jakiś taki większy, wygodniejszy.

Ptak tym razem nie dołączy do żadnego klucza, bo i po co? żeby z takim jednym czy drugim o przestrzeń dla skrzydeł walczyć na dzioby? Podziobane to jakieś!

Ptak nic nie planuje, ptak po prostu czuje że żyje i lata…

Bycie szczęśliwym jest naprawdę proste. Nie rozumiem czemu ludzie je sobie nagminnie utrudniają? może dlatego że wypada…pracować, mieć kogoś/coś i najlepiej jeszcze psa – być całym takim wszystkomającym- zRARowanym-człowiekiem.

Ludzie biegną za tym jak kot za myszą a przecież nie chodzi o to by dogonić króliczka/mysz…

Wypada poznać w młodości wielką miłość (najlepiej jeszcze w liceum ewentualnie  na studiach), wypada potem ją poślubić z wielką fetą (jak już się znajdzie pierwszy wolny termin w sweetaśnej restauracji), wypada potem mieć piękne dzieci, kredyto-dom, starzeć się ślicznie jak Madonna (nie, nie ta Czarna). Potem jeszcze wypada żeby te, nadal piękne ale już duże dzieci, miały małe dzieci i nas potrzebowały…potem wypada umrzeć z gracją i najlepiej zamkniętymi oczami. Wypada?

W ogóle dlaczego wypada wypadać?

Przecież wystarczy wiedzieć że przy stole jemy, w toalecie wydalamy to co zjedliśmy a życie jest piękne… i żyć.  Cała reszta jest zbędna.

I wtedy jest się szczęśliwym a przecież wypada!

Ale takie szczęście w świetle innych, chyba wypada lepiej…

 

Wysypka, choroba XXI wieku Grudzień 23, 2011

Ludzie są kawałkami naskórka który zszedł z jakiegoś ciała i teraz szuka miejsca dla siebie.
Od tego wszystko się zaczyna.
Upatrują sobie takich nagich- nas i zaczynają przylegać. Sami nie wiemy kiedy stają się naszym naskórkiem.
Jeśli przypadną nam do gustu, mogą zaleźć głęboko pod skórę właściwą a wtedy już są prawdziwą częścią nas i nawet papier ścierny ich nie uszkodzi.

Inni złuszczają się z biegiem zdarzeń, słów, czasu, alkoholu, drogi. I nikt nie woła.

Niektórych sami złuszczamy pumeksowym słowem.

Inni okazuje się że uczulają i musimy się po nich drapać. Niekiedy wysypka bardzo długo nie ustaje.

Z czasem zaczynamy rozpoznawać co może nas uczulić.

 

A co to? A po co Ci to? a to działa? Czerwiec 19, 2011

- pytają jak małe dzieci całkiem dorośli mężczyźni, ba! a nawet kobiety!

A ja odpowiadam, (w zależności od nastroju oczywiście) mniej lub bardziej zgodnie z prawdą.

Na początku miałam z tego fun – cóż za poręczne wszędzie-da się-wcisnąć-słówko prawda?

a później przestało mnie to bawić.

- Co masz na ramieniu? Coś Ci się stało? To jakiś opatrunek?

- Nie.

- To plaster na rzucanie palenia?

- A czy ja palę??

- To plaster odchudzający?

- Dzięki za aluzję ale lubię swoje ciało.

- To plaster na alergię?

- Tak, na wszystkie możliwe alergie.

- Serio?

- Nie.

- No to co to jest?

- Plaster antykoncepcyjny.

- Taak? A to działa?

- A nie widać?

-  Twój partner też taki ma?

- Tak, pod pachą musi sobie przyklejać.

- Serio?

- Nie.

- Oj tylko pytam, skąd mogłem wiedzieć?

- Nie no jasne, skąd mogłeś wiedzieć mamy przecież 21 wiek, Internet a antykoncepcja kończy się na prezerwatywach.

 

Kiedy mam więcej czasu wymyślam jeszcze bardziej bujne historie. Zależy od odbiorcy ale powiem z całą odpowiedzialnością, że faceci w tym temacie łykają wszystko jak młode pelikany.I nie ma tu znaczenia czy są wolni czy zajęci, czy mają 20 czy 30 lat.

Kobiety bardziej interesuje czy owe plastry działają. O ile wcześniej wymyślą po co mi owy plaster.

No i jeszcze ci przechodnie, gapią się na moje ramię aż wypalają mi w nim dziurę.

Tak, antykoncepcja to moja sprawa i to moja sprawa co i gdzie mam przyklejone do ciała.

Czyżby?

 

Jak zachwyca jak nie zachwyca? Styczeń 6, 2011

Filed under: niecodzienna codzienność — nirrecba @ 5:05 pm
Tags: , ,

6 albo 7 lipiec. W powietrzu 30-parę stopni Celsjusza. Ale przecież mieszkamy 12 minut od centrum, zaraz będziemy na miejscu.

Mija 20 minut, wysiedliśmy z metra i czekamy na autobus. Jesteśmy na małej stacji, gdzie można kupić olbrzymią pizzę.

Kupujemy wodę w butelce której plastikowość jest jakby drugiej kategorii. Na szczęście, woda smakuje dobrze.

 

Docieramy wreszcie do naszego hostelu. Nie znajduje się on 12 minut od centrum, jak podawano na stronie internetowej ale ma obiecany – basen, który w tym momencie jest w stanie wszystko nam wynagrodzić.

 

Kwaterujemy się w pięć osób w pokoju dwunastoosobowym. Pozostawione na innych łóżkach rzeczy zapowiadają że będziemy mieć współspaczy.

Przypomina mi się londyński hostel z niebieskimi drzwiami. Mieszkaliśmy w pokoju z czeskim(cóż za zbieg okoliczności) wytatuowanym osobnikiem, który całymi dniami leżał w łóżku, pił wino za 0,99 funta i oglądał porno produkcje. W przerwach opowiadał nam niestworzone historie, że zalało mu mieszkanie i dlatego mieszka tu już 3 miesiące, czego to on nie widział i jak dobrze zna miasto.

Ku naszej uciesze, okazał się niegroźny i nas nie okradł.

 

Swoją drogą, takich barczystych wytatuowanych mężczyzn w Pradze, jest całkiem sporo. A już na pewno 80% populacji ma jakiś tatuaż, w większości niestety kiczowaty, niestarannie wykonany i jakby spod jednej igły.

Jednak więcej niż Czechów jest w Pradze turystów i nie mówię tu o garstce japońskich rozdziawionych ze zdziwienia twarzyczek, tylko wielkich zorganizowanych grupach turystycznych po 40-50 osób, zajmujących całe chodniki.

Takich watach już dawno krakowski rynek nie widział.

 

Nasze zwiedzanie przerywa częste poszukiwanie sklepu, który zdarza się nam znaleźć zawsze ostatkiem sił, jak wymarzoną oazę na pustyni.

W sklepie zawsze ten sam schemat, sprzedawcy – Azjaci, ceny – jakie sobie właściciel wymarzył.

Naszymi idolami są jednak małe lodówki z zimnymi napojami – max.2, bynajmniej nie wypakowane po brzegi, zawierają wygodnie leżakujące butelki, po jednej z każdego rodzaju napoju. Na lodówce – przyklejona karteczka, informująca że za towar schłodzony w lodówce należy dopłacić 1 koronę.

 

Kiedy już znajdujemy sklep, na widok tych przechowywanych próżniowo kanapek z kurczakiem i majonezem, robimy się głodni. Unikamy obiadów w centrum, a właściwie nie my tylko nasze portfele.

Wracamy na sielskie, anielskie obrzeża miasta i trafiamy na knajpkę stylizowaną na nadmorską tawernę. Ryb oczywiście tu nie serwują ale wszelakie mięsa owszem. Pan właścicielo-kelner tłumaczy nam pozycje menu, niczym w kalamburach. Wybieram coś co nasz Pan Kalamburzysta przedstawia mi machając rękami i wskazując na brzuch. To coś – okazuje się wątróbką. Do tego dostaję pyszne grzanki z masłem czosnkowym.

Najedzeni i opici piwem, płacimy rachunek który nieco nas zaskakuje. Następnego dnia grillujemy obok basenu, kolejnego jemy olbrzymią pizzę z naszej małej stacji.

 

Co zwiedziliśmy? praktycznie wszystko co należy w Pradze zwiedzić.

Nic nie powaliło mnie na kolana, poza klubem który wyglądał jak kupa złomu zespawanego ze sobą i robił wrażenie.

 

 

Tylko czy to jest Europa?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

bajki szukające… Październik 19, 2010

Filed under: niecodzienna codzienność — nirrecba @ 1:21 pm
Tags: , , , , ,

Przed laty wielki pisarz napisał nieskończoną liczbę bajek.

Każda z nich, ma taki sam zarys fabuły, mnóstwo różnorodnych wydarzeń i wreszcie, zawsze – słitaśny hepi end. Brakuje tylko, a może aż – bohaterów. Księżniczki i księcia a czasami dwóch księżniczek albo dwóch książąt, różnie to bywa.

Pisarz jako że sam nie zdążył za życia obsadzić zbyt wielu swoich dzieł bohaterami, powiedział przed śmiercią do swoich bajek: Teraz musicie sobie radzić same.

 

 

Zakochała się kiedy miała 20 lat i przed sobą siódme niebo. Potem, jak nakazuje tradycja zaręczyła się, bo chciała z nim być już na zawsze i na wieczność. Kilka miesięcy przed ślubem oszalała, nie na punkcie przygotowań, tylko innego mężczyzny.

Chwilowe zauroczenie, to nic znaczącego, przejdzie Ci - albo, nie wygłupiaj się, skup się na ślubie – zwykle tylko tyle słyszała. I stanęła przed ołtarzem. Niepewna, nieszczęśliwa. Taka też przekroczyła próg domu niesiona na rękach męża.

Ma 24 lata. Mętlik w głowie, męża z którym nie chce być i miłość której nie może się poddać.

 

 

Jako dziecko marzył o wyjeździe na studia do wielkiego miasta. Chciał być inżynierem. W ostatniej klasie liceum zakochał się. Jego rudowłosa piękność nie chciała opuszczać rodzinnego miasta, zwłaszcza kiedy okazało się że spodziewają się dziecka. Zdali maturę i mieli swoje wielkie wiejskie wesele. Wprowadzili się do jej rodziców i zaczął pracę w firmie jej ojca. Ich dziecko ma 2 lata i od tylu też lat on cały czas zastanawia się, jak to jest być beztroskim studentem.

 

 

Bajki zmarłego pisarza nieustannie próbują odnaleźć swoich bohaterów ale nie zawsze udaje im się za pierwszym razem dobrać odpowiednie postaci do odpowiedniej bajki.

Czasami trwa to nieco dłużej…

 

 

 

 

 

globtroter w drewniakach Czerwiec 10, 2010

Kiedy na piąte urodziny dostałam od rodziców wymarzoną małą torebeczkę o dziwo nie obudził się we mnie instynkt małej kobietki i wcale nie chciałam chodzić w butach na obcasie mojej mamy(co zostało mi do dzisiaj). Obudził się we mnie natomiast mały globtroter który wkładał drewniaki pomalowane w kanadyjską flagę(ach te ciocie z zagranicy) i wyruszał na wielkie włóczęgi. W owej torebce lądował suchy prowiant, ulubiona lalka Barbie i latarka (bo każdy bohater w każdym filmie wyruszając na wyprawę miał latarkę). Cel podróży nie był zbyt sprecyzowany, szłam przed siebie i chciałam dojść jak najdalej (hmm to tak jak dzisiaj…). Rodzice dzielnie znosili moje wędrówki. Może też przez to że świat wtedy był mniej bombowy i niezorganizowany przestępczo. Poza tym jak to na wsi, wszyscy wszystkich znali, wszystko a nawet jeszcze więcej o wszystkich wiedzieli i nie mogło mi się stać nic złego.

Kiedy wyrosłam z drewniaków ( teraz kojarzą mi się tylko z pielęgniarkami) skończyły się moje wyprawy ale już wtedy marzyłam o zwiedzaniu całego świata i miałam jedno założenie: będę mieszkać gdzieś daleko stąd. Gdziekolwiek ale daleko.

Minęło 17 lat od tamtego czasu. Jest juwenaliowy wieczór. Miasteczko studenckie otuliła chmura dymu spalającego się węgla drzewnego, jednego z najbardziej pożądanych tego dnia atrybutów grillującego studenta. To ostre powietrze drapiące w gardło szybko neutralizuje alkohol lepszej bądź gorszej jakości. Jak zapach smażonej na grillu kiełbasy czuje się beztroskę dnia dzisiejszego, jutrzejszego i jeszcze paru kolejnych przed nami. Nagle w grupkę moich znajomych wbija się starszy mężczyzna. Zawód: żul a raczej bezdomny. Ma na sobie koszulkę z wizerunkiem Mariusza Pudzianowskiego w dłoni dzierży nieodłączną sfatygowaną reklamówkę. Na plecach duży plecak. Mówią na niego Pudzian. Jest całkowicie niegroźny. Niczego od nas nie chce.

Mówi tylko że ma do nas pytanie. Ktoś tam się odsuwa, ktoś ucieka, ktoś pokazuje rękę żeby go zignorować a ja słucham.

Jak jest? dobrze jest?- pyta.

Bez chwili namysłu odpowiadam pewnie: Tak, dobrze jest. On na to: To świetnie, najważniejsze żeby było dobrze.

I odchodzi. A ja zostaję z tym pytaniem i swoją odpowiedzią. Której z minuty na minutę jestem coraz mniej pewna. Nad którą zaczynam się zastanawiać.

Alkohol przestaje smakować, zapach beztroski gdzieś się ulatnia. Dociera do mnie że jestem w niewłaściwym miejscu na ziemi. Większość rzeczy które robię, robię bo muszę, bo tak pasuje bo tak trzeba.

Tak naprawdę tracąc na nie swój cenny czas. Kończę pierwszy etap studiów, pracuję, podróżuję i pozornie niczego mi nie brakuje. Robię to co milion ludzi na świecie i to mnie dobija. Ta monotonia i nijakość.

Mam ochotę wsiąść do samolotu byle jakiego, nie dbać o bagaż i nie dbać o bilet. Wylądować w jakimś egzotycznym miejscu, żyć z dnia na dzień, mieszkać to tu to tam, nie mieć stałego adresu, pracować żeby mieć co jeść i czuć że żyję. I kiedyś tak zrobię. Już niedługo.

Bo życie, zwykle trwa za krótko.

 

A dla tej Pani poproszę: trochę wody – dla ochłody. Umysłu. Kwiecień 30, 2010

Filed under: niecodzienna codzienność — nirrecba @ 11:09 pm
Tags: , , , , ,

W Poniedziałek Wielkanocny przed południem poirytowana wracałam do Grodu Kraka, by już wieczorem stawić się
w pracy zwarta gotowa i w dalszym ciągu poirytowana. Monotonne pokonywanie kolejny raz tej samej trasy przerwał nagle plask krystalicznie czystej kranówy wylanej z czerwonego wiadra wprost  na szybę która oddzielała mnie od linii śmigusowo-dyngusowego frontu.

Zrobiło mi się mokro i brudno od wspomnień. Bo tamta woda sprzed lat, bynajmniej nie była czysta.

W mojej podstawówce co roku śmigus-dyngus odbywał się z kilkudniowym wyprzedzeniem. Ostatniego dnia przed
przerwą świąteczną moja szkoła tonęła. I bynajmniej nie ze względu na wadliwy wodociąg, który od wczesnych
godzin rannych przezornie zamykano na cały dzień. Krany nie działały ale dziecięce umysły i owszem. Wodę transportowało się z pobliskiej małej rzeczki, która nie była czystym strumykiem tylko mieszanką wszelkich opadów i tego co zwykło się określać mianem – bóg-raczy-wiedzieć-co.

Pamiętam szczególnie jeden taki śmigusowy dzień. Tego poranka świeciło ostre ale jeszcze nie gorące słońce. Na plac przed naszą szkołą który był zarazem placem wodnej bitwy, podjechał samochód naszej dyrektorki,  małej farbowanowłosej kobiety w średnim wieku.
Skrzeczący głos powiedział : Wy też wariujecie? że oni tam to rozumiem ale Wy?

Oni tam - oznaczało dzieciaki z sąsiedniej wioski, których maleńka szkoła była ówcześnie filią naszej znacznie
większej podstawówki. Uczyło się u nich tylko po jednej klasie z każdego rocznika. Była to klasa Ce. W żadnym wypadku nie kojarzona przez nas wtedy z Mercedesem klasy C, tylko z czymś…gorszym.

Takie wyobrażenie wpajało nam prawie całe(poza chlubnymi wyjątkami) nasze grono, nie jestem pewna czy aby pedagogiczne (?) Zawsze powtarzano nam że jesteśmy lepsi, inteligentniejsi, zdolniejsi, to my wygrywaliśmy konkursy a oni zajmowali looserskie 3 miejsca. Tak na prawdę różniliśmy się od nich tylko tym – że było nas o wiele więcej.
Stereotyp jaki wpojono nam w podstawówce przetrwał do końca gimnazjum. Owocował oczywiście wieloma siniakami, podbitymi oczami i wybitymi zębami. Nie był jednak tak silny aby wykluczać jakiekolwiek love story z przedstawicielami owych – ich. Pamiętam takowe przypadki, które bynajmniej nie było miłościami dla każdego, bo do łatwych nie należały. Najpierw bowiem trzeba było przełamać tą zaszczepioną wrogość a to była kra wielkości olbrzymiej kry.

To wpajane poczucie wyższosci nad nimi skonfrontowałam dopiero w liceum kiedy lepiej poznałam  dwóch niegdysiejszych wychowanków owej klasy Ce. Byli takimi samymi licealistami jak ja i co więcej wspaniałymi kumplami-psiapsiółami (oj, w ilu moich rozterkach miłosnych brali udział, jako bierni a raczej biedni słuchacze, przez te parę lat!).

Jadąc tym autobusem uzmysłowiłam sobie w jaki błąd była wprowadzana nasza dziecięca świadomość, która była zbyt młoda na swobodne selekcjonowanie podawanych informacji. Była natomiast urodzajnym polem dla praktycznie każdego chwasta.

Rozczarowanie było tym większe kiedy tych moich oświeconych nie tylko wiejskich ale i miejskich nauczycieli potem spotkałam również w murach swojego liceum. Którego renomę podkreślano na każdym kroku a ja jakoś nigdy na nią nie wpadłam. Do dziś odnoszę wrażenie że ta mała-staruszka-renoma chowała się po kątach bojąc konfrontacji z otaczającą ja rzeczywistością.

Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu stwierdzam że to nie nam a naszej dyrektorce i reszcie pań siedzących
w naszym pokoju nauczycielskim przydałoby się wtedy trochę wody. Dla ochłody umysłu.

 

z żywota pewnych kluczy… Kwiecień 20, 2010

Filed under: niecodzienna codzienność — nirrecba @ 10:39 am
Tags: ,

Od wieków wiadomo, że klucze potrzebują do życia jakiegoś kompana. I bynajmniej nie jest nim zamek. Chodzi raczej o kogoś, kto dotrzymywał by im towarzystwa w tym ich, powiedzmy to sobie szczerze, nudnym bycie. W trosce o moje klucze, zawsze starałam się by miały kogoś obok siebie, wierzyłam że to sprawi, że nie zostawią mnie zanim ja z nich zrezygnuję. Że nie odejdą z jakimś kluczofilem/wariatem/ złodziejem.

Na początku była kula. Kula w kolorowe paski, która codziennie mówiła do kluczy w innym języku. Raz w języku zielonym, raz czerwonym a raz białym. Opowiadała głównie o Chinach. Tęskniła widać za domem. Żyła stosunkowo długo, kilka miesięcy. Aż pewnego dnia, pewna blondynka(o bardzo małym rozumku), przerwała pępowinę łączącą ją z kluczami. Kula, mimo wielu prób reanimacji, nie przeżyła tego rozstania. Teraz pewnie jest w brelokowym niebie.

Potem była Małpka z bardzo odstającymi uszami. Klucze ją lubiły, opowiadała im najpierw o dżungli a potem o cyrku. Marzyła żeby występować w cyrku. Po miesiącu znajomości z kluczami Małpka doznała bolesnego upadku w wyniku którego straciła lewe ucho. Długo czekała aż objawi się w niej malarski talent. Na próżno. Kiedy była bliska załamania nerwowego, pewien cyrk zaprosił ją na przesłuchanie. I przyjęli ją. Została główną atrakcją- gadającą Małpką bez ucha. Podobno robi wielką karierę na Syberii.

Po Małpce przyszła kolej na prawdziwe arcydzieło. Miniaturę przedstawiająca skierowane ku sobie dłonie Boga i Adama. Miniatura ta, z pochodzenia Włoszka, była kobietą wyzwoloną i nie w głowie jej były rozmowy z byle Polskimi kluczami. Szybko więc uciekła. Co się teraz z nią dzieje, nie wiem.

I wreszcie Miś. Który wczoraj próbował popełnić samobójstwo i w dodatku wmieszał w to klucze. Po prostu, skoczył z 8 piętra. Nie wiem co między nimi zaszło, czemu chciał to zrobić, czemu pociągnął je za sobą. Po kilkunastu godzinach udało się go uratować. Stracił nóżkę, proteza nie wchodzi w grę. Klucze są całe, opiekują się nim teraz. Nadal nie chcą powiedzieć co między nimi zaszło.

Bo każdy przedmiot kryje swoją tajemnicę…

 

mam kilka swoich głów na świecie… Marzec 18, 2010

Filed under: niecodzienna codzienność — nirrecba @ 3:43 pm
Tags: , , ,

(jak każdy)

tę rozczochraną, pyskatą która od lipca tkwi gdzieś na trasie kolejowej Wrocław – Kraków, bo jej usta powiedziały zbyt wiele(a może zbyt szczerze)

tę z oparzonym podniebieniem, gdzieś na linii przepływu esemesów między numerami 667… a 693…

z wyrzucającym się sumieniem, niedojrzale i platonicznie zauroczoną przed laty, do dziś tkwiącą gdzieś w innej czasoprzestrzeni, do której drzwi otwierają się raz do roku, w dniu moich urodzin

tę pseudo-siostrzaną, pozostawioną samą sobie gdzieś w moich snach, które od czasu do czasu dają mi znak, że ta magiczna dziecięca więź, nadal istnieje

tę zignorowaną, urażoną w ważnym dla mnie dniu,  niby nic – a jednak oddaloną od (kiedyś) pewnej, drogi do przyjaciela

tę zażenowaną, własnym wyborem sprzed kilku lat, o której zakochany-zainteresowany uporczywie nie chce dać mi zapomnieć.

Wszystkie schowane skrzętnie w piasku.

Nieporuszane, niedotykane, żeby nie trzeba było ich wyciągać, myć ani pokazywać.

Czasem po dłuższym albo krótszym czasie, ten piach wchodzi do uszu i zatyka je. A wtedy nie słychać kroków zbliżającej się dłoni ani żadnych słów. Słychać tylko rozentuzjazmowany tłum ludzi, (u)tykający czas i (niekiedy) brak.


I tak trwam, ja i moje głowy w piasku, których zamiast ubywać, przybywa.

Więc, może zacząć je wyciągać, póki piasek, woda i ci inni, nie zrobią z nich zwykłych betonowych kuli…?

To takie trudne. Głowy z dnia na dzień, bardziej obciążone piachem są coraz cięższe.

Natomiast ukrywanie ich, z każdym dniem jest naturalniejsze, łatwiejsze i  powszednieje…jak chleb.

( Nie, nie jak chleb, chleb nie smakuje z taką goryczą).

Już nigdy nie włożę głowy w piach. Włożę ją do lodu, żeby ochłonęła.

 

momentalnie skomplikowane lata… Luty 14, 2010

Filed under: niecodzienna codzienność — nirrecba @ 1:27 pm
Tags: , , ,

Latami,

nie pytasz, nie konsultujesz, nie ustalasz, nie zwracasz uwagi, nie powstrzymujesz się, nie deklarujesz, nie dzielisz się, nie zastanawiasz się, nie tłumaczysz się, nie uważasz, nie zauważasz, nie planujesz, nie boisz się…

Momentalnie,

pytasz – by wiedzieć,

konsultujesz – by znać opinię,

ustalasz – by dojść do kompromisu,

zwracasz uwagę – jak wyglądasz,

powstrzymujesz się – by nie mówić tych wszystkich brzydkich słów,

deklarujesz – powoli,

dzielisz się – sobą,

zastanawiasz się – co myśli,

tłumaczysz się – gdy zrobisz coś źle,

uważasz – na siebie,

zauważasz – zainteresowanie,

planujesz – by mieć więcej wolnego czasu,

boisz się – by czegoś nie spieprzyć.

Komplikujesz swoje życie, by było w nim więcej miejsca.

 

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.