Nirrecba's Blog

niecodzienna codzienność w kilku słowach…

Cudzy dzień Maj 8, 2012

To zdecydowanie nie był mój dzień, jakiś taki cudzy był – taki niewyraźny aż musiałam poprawić jego kondycję Jackiem z colą.

Przyszedł późno i wcale nie chciał zostać na długo. Był babski aż do bólu. Od rana niezdecydowany na to co robić, wstawać czy jeszcze poleżeć, iść czy się wymigać, powiedzieć nie mówić, zaczynać czy kończyć, chcieć czy odrzucić? Zmęczył mnie, jak sposoby adoracji faceta z którym byłam 8 (tak, osiem) lat temu.

Nawet moja mama powiedziała na wieść o nim: Przecież teraz już się nie puszcza ludziom sygnałów. Tak robią dzieci w podstawówce.

No tak a on robi to nawet po studiach i przed 30-stką. Czy bardziej ucieszyłby mnie esemes bądź telefon? Nie, w jego przypadku najbardziej cieszy niepamięć o nim. Cóż, każdy w życiu przecież niekiedy źle wybiera…i nieraz długo za to płaci. Ale do cholery, przecież to była niemiłość, takie nie wiadomo co…które on, do dzisiaj hoduje, uprawia i myśli że przyjdę podlać? Jak ja już dawno nie mam konewki małej dziewczynki!

Wracając do dzisiejszego dnia, to na szczęście się kończy ale to jego roztrzepanie, wychodzenie bez portfela, niepamiętanie po co, kupowanie mleka bez płatków do mleka – to coś okropnego…a niektóre kobiety cały czas tak żyją.

Współczuję im!

I myślą sobie jakieś swoje niestworzone historie i wyobrażają sobie Bóg wie co i męczą się jak rzeczywistość nie sprostuje ich wymaganiom. Bo on nie pisze a mógłby… skoro już zaczął, niech że będzie mężczyzną napisał to już niech pisze, przecież było miło.

Mnie dopada coś takiego raz na kilka miesięcy i od razu mam dosyć. Więc nie wiem, jak można tak żyć?

Zabieram się wtedy za robienie czegoś co zajmuje ręce, bo takie ręce zajmują też umysł, ewentualnie go upijam i też nie myśli. (Żeby sobie nie myślał, że beze mnie coś wymyśli, phi!)

Potem jest noc i nastaje nowy dzień, taki z którym wiem co zrobić, z kim się podzielić, komu powiedzieć a komu nie mówić, kiedy nie zostawiam portfeli, uśmiecham się do ludzi, nie czuję się jak głupia baba i nie gubię kluczy.

I takie dni lubię, takie jak ten jutrzejszy.

 

Jak dorosnę chcę zostać szczęśliwym Kwiecień 13, 2012

Filed under: niecodzienna codzienność — nirrecba @ 7:00 pm
Tags: , , , , , ,

Z autobusowych opowieści:
- Mamo a Ty jesteś szczęśliwa?
- Tak synku.
- Mamo, to naucz mnie tego, bo jak dorosnę to chcę zostać szczęśliwym.
***
Bycie szczęśliwym jest naprawdę proste. Tak proste jak posadzenie kwiatka który potem sam rośnie i trzeba go tylko czasami podlewać i zamienić z nim parę zdań o pogodzie, chlorofilu i nowych trendach w doniczkach.
Nie rozumiem czemu ludzie sobie nagminnie utrudniają to bycie szczęśliwym? może dlatego że wypada…pracować, mieć kogoś/coś i najlepiej jeszcze psa – być całym takim wszystkomającym- zRARowanym-człowiekiem który po pięciu minutach znajomości wyciąga swojego najnowszego ajtelefona (a jeśli tego nie robi to znaczy że go nie ma).
Ludzie biegną za tym jak kot za myszą a przecież nie chodzi o to by dogonić króliczka/mysz…
Wypada tak dużo że trzeba się nieźle w życiu nagimnastykować żeby ze wszystkim zdążyć, czasami aż w tym natłoku realizacji operacji-Wypada zapominamy o tym co się śniło i umarzyło.
Bo wypada skończyć dobrą szkołę (najlepiej dwujęzyczną albo tą oddaloną od domu o 100 km), wypada skończyć świetne studia (oczywiście nie na jakieś –lologii  bo kto z tego opłaci raty za 100m dom?), poznać w młodości wielką miłość (najlepiej jeszcze w tej dwujęzycznej szkole, ewentualnie na studiach), wypada potem ją poślubić z wielką fetą (jak już się znajdzie pierwszy wolny termin w sweetaśnej restauracji), wypada potem mieć piękne dzieci (albo nadrabiać ubierając je w wszelkich znanych-sklepach-kids), kredyto-dom, starzeć się estetycznie długo jak Madonna (nie, nie ta Czarna). Potem jeszcze wypada żeby te, nadal piękne ale już duże dzieci, miały małe dzieci i nas potrzebowały…(nas a nie tylko tego naszego spłaconego już kredyto-domu) potem wypada umrzeć z gracją i najlepiej zamkniętymi oczami. Wypada?
W ogóle dlaczego wypada wypadać?
Przecież wystarczy wiedzieć że przy stole jemy, w toalecie wydalamy to co zjedliśmy a życie jest piękne… i żyć.  Cała reszta jest zbędna.
I wtedy jest się szczęśliwym a przecież wypada!

 
Ale takie szczęście w świetle innych, chyba wypada lepiej…

 

Moja siesta Marzec 9, 2012

Filed under: niecodzienna codzienność — nirrecba @ 9:50 pm
Tags: , , , ,

Tym razem walizka nie leciała. Jechała spokojnie w luku bagażowym wielkiego kolorowego autobusu, do którego ledwo trafiła. Wszystko przez to, że stojąc na Dworcu Autobusowym Grodu Kraka wraz ze współstaczami czułam się jak w czeskim filmie i wcale nie byłam jego reżyserem. Kiedy już mój transport się pojawił, przy okazywaniu biletów duży facet, jeden z kierowców rzucił do mnie – Pani się mnie trzyma, my się razem przesiadamy, ja sobie Panią zapamiętam!

I zapamiętał, obudziwszy mnie w Strzelcach Opolskich obwieścił: Przesiadamy się!

Zmieniliśmy autokar na jeszcze wygodniejszy i pozbyliśmy się małego rozwrzeszczanego dziecka (nie mam nic przeciwko dzieciom ale czy one muszą wrzeszczeć?)które na zmianę wołało: Mama kupa albo używało brzydkiego słowa powszechnie opisującego kobiety lżejszych obyczajów.

Po przesiadce włączono nam film Australia. 10 minut przed końcem filmu, wielkie emocje…tszt…tszt…brak obrazu i słyszę mojego dużego faceta: Oj Mieciu, zepsuło się a to wyłączamy.  I wyłączyli, koniec filmu każdy musiał sobie wyobrazić.

Nie pytajcie po ilu godzinach byłam w Monachium, nieważne.

Ważne było dumne Deutsches Museum ze statkami i samolotami. Ważne były zewsząd mijające mnie BMW (blachara? W głębi duszy każda kobieta troszkę nią jest ale nie przyznajemy się, żeby nie sprawiać Panom przykrości…) Viktualienmarkt – targ z dobrodziejstwami dla podniebienia, gdzie niestety chyba tylko turyści karmili swoje kubeczki smakowe.

Niemcy jakby gdzieś pochowani w metrze za swoimi Kindle’ami albo w zakamarkach idealnych prostokątnych wielkich budynków, ciągle pędzili gdzieś przed siebie, osiadali na dłużej w oberżach i pili – litr za litrem i wtedy wreszcie wyglądali na szczęśliwych.

Pijąc piwo z lemoniadą  i zagryzając precla moczonego w zalewie piwnej przyglądałam się im i spokojowi z jakim delektują się tym trunkiem. To była ich siesta.

Wróciłam do Krakowa, kupiłam obwarzanka przeszłam przez Rynek Główny na Kazimierz, odwiedziłam ulubione miejsca i doceniłam że znowu wróciłam, to była moja siesta…

 

pierwszy ptak wrócił z ciepłych krajów… Luty 23, 2012

powrócił, wydawać by się mogło że do tego samego punktu z którego odleciał przed PaniąZimą ale nic bardziej mylnego. Powrócił do swojego punktu widokowego ale widoki ma nowe a punkt zrobił się jakiś taki większy, wygodniejszy.

Ptak tym razem nie dołączy do żadnego klucza, bo i po co? żeby z takim jednym czy drugim o przestrzeń dla skrzydeł walczyć na dzioby? Podziobane to jakieś!

Ptak nic nie planuje, ptak po prostu czuje że żyje i lata…

Bycie szczęśliwym jest naprawdę proste. Nie rozumiem czemu ludzie je sobie nagminnie utrudniają? może dlatego że wypada…pracować, mieć kogoś/coś i najlepiej jeszcze psa – być całym takim wszystkomającym- zRARowanym-człowiekiem.

Ludzie biegną za tym jak kot za myszą a przecież nie chodzi o to by dogonić króliczka/mysz…

Wypada poznać w młodości wielką miłość (najlepiej jeszcze w liceum ewentualnie  na studiach), wypada potem ją poślubić z wielką fetą (jak już się znajdzie pierwszy wolny termin w sweetaśnej restauracji), wypada potem mieć piękne dzieci, kredyto-dom, starzeć się ślicznie jak Madonna (nie, nie ta Czarna). Potem jeszcze wypada żeby te, nadal piękne ale już duże dzieci, miały małe dzieci i nas potrzebowały…potem wypada umrzeć z gracją i najlepiej zamkniętymi oczami. Wypada?

W ogóle dlaczego wypada wypadać?

Przecież wystarczy wiedzieć że przy stole jemy, w toalecie wydalamy to co zjedliśmy a życie jest piękne… i żyć.  Cała reszta jest zbędna.

I wtedy jest się szczęśliwym a przecież wypada!

Ale takie szczęście w świetle innych, chyba wypada lepiej…

 

Wysypka, choroba XXI wieku Grudzień 23, 2011

Ludzie są kawałkami naskórka który zszedł z jakiegoś ciała i teraz szuka miejsca dla siebie.
Od tego wszystko się zaczyna.
Upatrują sobie takich nagich- nas i zaczynają przylegać. Sami nie wiemy kiedy stają się naszym naskórkiem.
Jeśli przypadną nam do gustu, mogą zaleźć głęboko pod skórę właściwą a wtedy już są prawdziwą częścią nas i nawet papier ścierny ich nie uszkodzi.

Inni złuszczają się z biegiem zdarzeń, słów, czasu, alkoholu, drogi. I nikt nie woła.

Niektórych sami złuszczamy pumeksowym słowem.

Inni okazuje się że uczulają i musimy się po nich drapać. Niekiedy wysypka bardzo długo nie ustaje.

Z czasem zaczynamy rozpoznawać co może nas uczulić.

 

A co to? A po co Ci to? a to działa? Czerwiec 19, 2011

- pytają jak małe dzieci całkiem dorośli mężczyźni, ba! a nawet kobiety!

A ja odpowiadam, (w zależności od nastroju oczywiście) mniej lub bardziej zgodnie z prawdą.

Na początku miałam z tego fun – cóż za poręczne wszędzie-da się-wcisnąć-słówko prawda?

a później przestało mnie to bawić.

- Co masz na ramieniu? Coś Ci się stało? To jakiś opatrunek?

- Nie.

- To plaster na rzucanie palenia?

- A czy ja palę??

- To plaster odchudzający?

- Dzięki za aluzję ale lubię swoje ciało.

- To plaster na alergię?

- Tak, na wszystkie możliwe alergie.

- Serio?

- Nie.

- No to co to jest?

- Plaster antykoncepcyjny.

- Taak? A to działa?

- A nie widać?

-  Twój partner też taki ma?

- Tak, pod pachą musi sobie przyklejać.

- Serio?

- Nie.

- Oj tylko pytam, skąd mogłem wiedzieć?

- Nie no jasne, skąd mogłeś wiedzieć mamy przecież 21 wiek, Internet a antykoncepcja kończy się na prezerwatywach.

 

Kiedy mam więcej czasu wymyślam jeszcze bardziej bujne historie. Zależy od odbiorcy ale powiem z całą odpowiedzialnością, że faceci w tym temacie łykają wszystko jak młode pelikany.I nie ma tu znaczenia czy są wolni czy zajęci, czy mają 20 czy 30 lat.

Kobiety bardziej interesuje czy owe plastry działają. O ile wcześniej wymyślą po co mi owy plaster.

No i jeszcze ci przechodnie, gapią się na moje ramię aż wypalają mi w nim dziurę.

Tak, antykoncepcja to moja sprawa i to moja sprawa co i gdzie mam przyklejone do ciała.

Czyżby?

 

Jak zachwyca jak nie zachwyca? Styczeń 6, 2011

Filed under: niecodzienna codzienność — nirrecba @ 5:05 pm
Tags: , ,

6 albo 7 lipiec. W powietrzu 30-parę stopni Celsjusza. Ale przecież mieszkamy 12 minut od centrum, zaraz będziemy na miejscu.

Mija 20 minut, wysiedliśmy z metra i czekamy na autobus. Jesteśmy na małej stacji, gdzie można kupić olbrzymią pizzę.

Kupujemy wodę w butelce której plastikowość jest jakby drugiej kategorii. Na szczęście, woda smakuje dobrze.

 

Docieramy wreszcie do naszego hostelu. Nie znajduje się on 12 minut od centrum, jak podawano na stronie internetowej ale ma obiecany – basen, który w tym momencie jest w stanie wszystko nam wynagrodzić.

 

Kwaterujemy się w pięć osób w pokoju dwunastoosobowym. Pozostawione na innych łóżkach rzeczy zapowiadają że będziemy mieć współspaczy.

Przypomina mi się londyński hostel z niebieskimi drzwiami. Mieszkaliśmy w pokoju z czeskim(cóż za zbieg okoliczności) wytatuowanym osobnikiem, który całymi dniami leżał w łóżku, pił wino za 0,99 funta i oglądał porno produkcje. W przerwach opowiadał nam niestworzone historie, że zalało mu mieszkanie i dlatego mieszka tu już 3 miesiące, czego to on nie widział i jak dobrze zna miasto.

Ku naszej uciesze, okazał się niegroźny i nas nie okradł.

 

Swoją drogą, takich barczystych wytatuowanych mężczyzn w Pradze, jest całkiem sporo. A już na pewno 80% populacji ma jakiś tatuaż, w większości niestety kiczowaty, niestarannie wykonany i jakby spod jednej igły.

Jednak więcej niż Czechów jest w Pradze turystów i nie mówię tu o garstce japońskich rozdziawionych ze zdziwienia twarzyczek, tylko wielkich zorganizowanych grupach turystycznych po 40-50 osób, zajmujących całe chodniki.

Takich watach już dawno krakowski rynek nie widział.

 

Nasze zwiedzanie przerywa częste poszukiwanie sklepu, który zdarza się nam znaleźć zawsze ostatkiem sił, jak wymarzoną oazę na pustyni.

W sklepie zawsze ten sam schemat, sprzedawcy – Azjaci, ceny – jakie sobie właściciel wymarzył.

Naszymi idolami są jednak małe lodówki z zimnymi napojami – max.2, bynajmniej nie wypakowane po brzegi, zawierają wygodnie leżakujące butelki, po jednej z każdego rodzaju napoju. Na lodówce – przyklejona karteczka, informująca że za towar schłodzony w lodówce należy dopłacić 1 koronę.

 

Kiedy już znajdujemy sklep, na widok tych przechowywanych próżniowo kanapek z kurczakiem i majonezem, robimy się głodni. Unikamy obiadów w centrum, a właściwie nie my tylko nasze portfele.

Wracamy na sielskie, anielskie obrzeża miasta i trafiamy na knajpkę stylizowaną na nadmorską tawernę. Ryb oczywiście tu nie serwują ale wszelakie mięsa owszem. Pan właścicielo-kelner tłumaczy nam pozycje menu, niczym w kalamburach. Wybieram coś co nasz Pan Kalamburzysta przedstawia mi machając rękami i wskazując na brzuch. To coś – okazuje się wątróbką. Do tego dostaję pyszne grzanki z masłem czosnkowym.

Najedzeni i opici piwem, płacimy rachunek który nieco nas zaskakuje. Następnego dnia grillujemy obok basenu, kolejnego jemy olbrzymią pizzę z naszej małej stacji.

 

Co zwiedziliśmy? praktycznie wszystko co należy w Pradze zwiedzić.

Nic nie powaliło mnie na kolana, poza klubem który wyglądał jak kupa złomu zespawanego ze sobą i robił wrażenie.

 

 

Tylko czy to jest Europa?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.