6 albo 7 lipiec. W powietrzu 30-parę stopni Celsjusza. Ale przecież mieszkamy 12 minut od centrum, zaraz będziemy na miejscu.
Mija 20 minut, wysiedliśmy z metra i czekamy na autobus. Jesteśmy na małej stacji, gdzie można kupić olbrzymią pizzę.
Kupujemy wodę w butelce której plastikowość jest jakby drugiej kategorii. Na szczęście, woda smakuje dobrze.
Docieramy wreszcie do naszego hostelu. Nie znajduje się on 12 minut od centrum, jak podawano na stronie internetowej ale ma obiecany – basen, który w tym momencie jest w stanie wszystko nam wynagrodzić.
Kwaterujemy się w pięć osób w pokoju dwunastoosobowym. Pozostawione na innych łóżkach rzeczy zapowiadają że będziemy mieć współspaczy.
Przypomina mi się londyński hostel z niebieskimi drzwiami. Mieszkaliśmy w pokoju z czeskim(cóż za zbieg okoliczności) wytatuowanym osobnikiem, który całymi dniami leżał w łóżku, pił wino za 0,99 funta i oglądał porno produkcje. W przerwach opowiadał nam niestworzone historie, że zalało mu mieszkanie i dlatego mieszka tu już 3 miesiące, czego to on nie widział i jak dobrze zna miasto.
Ku naszej uciesze, okazał się niegroźny i nas nie okradł.
Swoją drogą, takich barczystych wytatuowanych mężczyzn w Pradze, jest całkiem sporo. A już na pewno 80% populacji ma jakiś tatuaż, w większości niestety kiczowaty, niestarannie wykonany i jakby spod jednej igły.
Jednak więcej niż Czechów jest w Pradze turystów i nie mówię tu o garstce japońskich rozdziawionych ze zdziwienia twarzyczek, tylko wielkich zorganizowanych grupach turystycznych po 40-50 osób, zajmujących całe chodniki.
Takich watach już dawno krakowski rynek nie widział.
Nasze zwiedzanie przerywa częste poszukiwanie sklepu, który zdarza się nam znaleźć zawsze ostatkiem sił, jak wymarzoną oazę na pustyni.
W sklepie zawsze ten sam schemat, sprzedawcy – Azjaci, ceny – jakie sobie właściciel wymarzył.
Naszymi idolami są jednak małe lodówki z zimnymi napojami – max.2, bynajmniej nie wypakowane po brzegi, zawierają wygodnie leżakujące butelki, po jednej z każdego rodzaju napoju. Na lodówce – przyklejona karteczka, informująca że za towar schłodzony w lodówce należy dopłacić 1 koronę.
Kiedy już znajdujemy sklep, na widok tych przechowywanych próżniowo kanapek z kurczakiem i majonezem, robimy się głodni. Unikamy obiadów w centrum, a właściwie nie my tylko nasze portfele.
Wracamy na sielskie, anielskie obrzeża miasta i trafiamy na knajpkę stylizowaną na nadmorską tawernę. Ryb oczywiście tu nie serwują ale wszelakie mięsa owszem. Pan właścicielo-kelner tłumaczy nam pozycje menu, niczym w kalamburach. Wybieram coś co nasz Pan Kalamburzysta przedstawia mi machając rękami i wskazując na brzuch. To coś – okazuje się wątróbką. Do tego dostaję pyszne grzanki z masłem czosnkowym.
Najedzeni i opici piwem, płacimy rachunek który nieco nas zaskakuje. Następnego dnia grillujemy obok basenu, kolejnego jemy olbrzymią pizzę z naszej małej stacji.
Co zwiedziliśmy? praktycznie wszystko co należy w Pradze zwiedzić.
Nic nie powaliło mnie na kolana, poza klubem który wyglądał jak kupa złomu zespawanego ze sobą i robił wrażenie.
Tylko czy to jest Europa?
Podoba mi się fragment o czeskim pornopijaku oraz opisie klubu, jako kupy zespawanego złomu. Chyba wiem, o który chodzi. Trafne określenie