Najpierw, w nocy (przed moimi urodzinami) ginę w wypadku samochodowym. Mój mózg zlewa się z żywicą i lekko opada na skórzany fotel JEEP’a. Piękny koniec istnienia.
Następnego dnia, znowu żyję (może to życie po śmierci?). Co więcej, spotykam swój ideał mężczyzny.
Wiem, że to ideał bo tak czuję a nie dlatego, żebym przypadkiem, widziała jego twarz…
Zaczepia mnie niczym prawdziwy (mały) mężczyzna. Pod stołem ‘strzela’ moją gumką w skarpetce.
Moje spojrzenie, zbyt surowe i pełne politowania studzi jego zapędy. Źle to odczytuje, odwraca twarz bez słowa.
Ja tego przecież nie chciałam. To nie tak. Zauważa mój wzrok, dla odmiany, pełen aprobaty i zainteresowania.
Już chcemy do siebie podejść, idziemy…P S T R Y K… odwrót, ktoś go zawołał. Cała wstecz.
Po kilku minutach znowu idziemy, widzę jego radość, czuję własną…P S T R Y K…ktoś mnie zawołał. Cała wstecz.
Nie dajemy za wygraną, idziemy, pewnym krokiem, do siebie, po siebie, dla siebie…P S T R Y K…znowu ktoś, coś, po coś. Cała wstecz.
Runda czwarta, źli, zdesperowani, zauroczeni, idziemy…doszliśmy. Tak stoimy na przeciw. Prosi mnie o numer, zaczynam dyktować…P S T R Y K… odchodzi, ponaglany przez jakiegoś-kogoś.
P S T R Y K. Budzę się.
Cholerne P S T R Y K.
Kolejnego dnia między kęsem kanapki a łykiem kawy, zastanawiam się.
Przyjmować miłość jaką daje nam los? Nie czekać na wiecej?
Nie pytać o resztę? Żyć jakby miało się dziś umrzeć?
Czy sny spełniają się na odwrót? Wierzyć w sny?
Dławię się kanapką ale wiem, że nie umrę przez zadławienie. Przecież to jeszcze nie moja pora, jeszcze nie spotkałam tamtego ideału.
P S T R Y K. Wychodzę.